Muzyka. Ludzki głos. Dźwięk wydobywany z instrumentu. Połączone w harmonii, z mocą płynące w niebo, połączone na zawsze. Muzyka na żywo albo nagrana, wybrzmiała, gdzieś obok mnie, gdzieś w środku. Jest, zawsze jest.
Muzyka. Gdy brzmi, ciszej lub głośniej w zależności od rodzaju, od nastroju, od pory dnia, chłonę ją ciałem. Odnajduję gdzieś w sobie. Wypływa ze mnie, a ja siedzę w niemym zachwycie. Wibruje, chociaż nie mogę się ruszyć, boję się spłoszyć, to co czuję w ciele, te wibracje, ciepło, gorąco i tętno, tętno pędzące wraz z jej rytmem.
Muzyka – ona ma mnie w swej mocy, zniewala, wyzwala, spowalnia i dodaje energii. Każe mi pisać, albo tylko trwać. A jeśli jeszcze pozwoli spleść się głosom albo tylko jednemu, kobiecemu, męskiemu, wtedy okazuje się, że ludzki głos może jej dorównać, może być w niej i obok niej.
Muzyka. Mam gęsią skórkę i drżę w środku, bo bez niej nic, wielkie nic z tego świata. Ona mi go tłumaczy, łagodzi, pozwala znieść. Ona mnie napędza i hamuje, gdy trzeba tylko słuchać. I jeśli czegoś żałuję to tego, że sama nie potrafię jej wyrazić, chociaż czasem z wiarą w własną słabo – silną moc zaśpiewam razem z nią.
Muzyka…już nic nie mówię…z nią rodzę się w tej chwili i z nią umieram. Muzyko trwaj…